środa, 10 września 2014

Ból istnienia?

Ból był moim najwierniejszym przyjacielem. Nie odstępował mnie na krok. Budził w nocy, nie opuszczał w dzień. Traciłam już nadzieję, że będę mogła żyć bez niego. Był bardzo zaborczy. Chciał mieć mnie całą dla siebie, a ja z każdym dniem coraz bardziej przystawałam na jego warunki. Póki było we mnie choć odrobinę sił, próbowałam walczyć. Nie myślałam jednak wtedy o depresji. Teraz wydaje mi się, że to ON nie chciał, bym o niej pomyślała.

Nigdy zbyt często nie chorowałam.  W szpitalu bywałam tylko w odwiedzinach lub gdy rodziłam dwójkę moich dzieci. Kiedy pojawiły się problemy z kręgosłupem, trochę to z początku bagatelizowałam. Nie byłam przyzwyczajona do chorowania, chodzenia do lekarzy i leżenia w łóżku.
Zawsze starałam się być osobą aktywną. Jeździłam na rowerze, a razem z przyjaciółką poznaną na studiach chodziłyśmy na fitness. To właśnie ona była dla mnie takim łącznikiem ze światem, do którego niespecjalnie się garnęłam.
Na studiach wzięłam ślub, pracę magisterską broniłam będąc w szóstym miesiącu ciąży. Nigdy nie poszłam do pracy. Wspólnie z mężem zdecydowaliśmy, że na początku będę zajmować się domem. Na początku – nigdy nie rozmawialiśmy o tym, ile ten początek będzie trwał. Najpierw sama o tym nie myślałam, a potem zaczęłam się bać, że trudno będzie mi się odnaleźć w zmieniającym się świecie. Może dlatego lubiłam te spotkania na siłowni, bo bardziej od samych ćwiczeń i biegania na bieżni wolałam słuchać opowiadań przyjaciółki o jej pracy i historiach z nią związanych? Dawały mi poczucie, jakbym sama też trochę w nich uczestniczyła. A przynajmniej tak to mogłam sobie wyobrażać...

Jesienią, trzy lata temu, zaczęłam odczuwać bóle kręgosłupa. Początkowo nie zastanawiałam się nad ich przyczyną. Myślałam, że parę dni odpoczynku będzie najlepszym lekarstwem. Jednak te parę luźniejszych dni niczego nie zmieniło. Ból był coraz silniejszy. Bolało kiedy siedziałam na krześle, bolało jak leżałam... Robiłam wiele badań, ale wszystkie wyniki były prawidłowe. A ja miałam coraz mniej sił do szukania przyczyn, byłam wycieńczona. Nie mogłam spać. Leki przeciwbólowe  rzadziej przynosiły ulgę. Ból zaczął mnie paraliżować. Często nie miałam nawet ochoty i siły na spotkania z przyjaciółką. Wymigiwałam się przeziębieniem albo obowiązkami w domu.

Ortopeda stwierdził, że w kręgosłupie są niewielkie zmiany zwyrodnieniowe i zalecił ćwiczenia rehabilitacyjne. Wykonywałam je pieczołowicie również w domu, w każdej chwili gdy tylko mogłam znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły.
Efekt był zróżnicowany: raz pomagało na dłużej, raz na parę godzin, innym razem wcale. Nie było na to reguły. Nigdy nie wiedziałam jaki będzie kolejny dzień. Powoli traciłam  nadzieję, że to wszystko kiedykolwiek się zmieni.

Na początku nowego roku syn został potrącony przez samochód. Dwa tygodnie spędził w szpitalu. To było 14 najgorszych dni i nocy w moim życiu. Nigdy jeszcze nie bałam się tak bardzo jak wtedy, siedząc bez przerwy przy jego łóżku. Gotowa byłam zrobić wszystko, aby ulżyć w cierpieniu mojemu dziecku, aby przejąć na siebie cały jego ból... Nie było to oczywiście możliwe, w ogromnym stresie nie czułam niczego. Potem, gdy syn już wracał do zdrowia, kiedy stopniowo malał największy lęk, odczułam wszystko ze zdwojoną siłą. Każdemu ruchowi towarzyszył ból. Z kręgosłupa promieniował do obu nóg, bolały też wszystkie mięśnie, głowa. Miałam wrażenie, że nie było części ciała, która by mnie nie bolała.

Ponownie trafiłam do ortopedy. Uważałam, że to musi być kwestia kręgosłupa, i że może pomogłaby mi operacja. To wtedy pierwszy raz usłyszałam, że może jednak przyczyny mojego samopoczucia należałoby szukać zupełnie gdzie indziej. Razem z moim rehabilitantem zasugerowali wizytę u psychiatry. Początkowo byłam na nich zła. Dlaczego mam leczyć głowę, kiedy boli mnie ciało?! Sądziłam, że widzą we mnie hipochondryczkę i chcą się pozbyć kłopotu. Długo zwlekałam z wizytą u psychiatry, ale z dnia na dzień ubywało mi sił i może właśnie ta niemoc i poczucie bezsilności sprawiły, że postanowiłam spróbować. Poszłam...
Spodziewałam się, że psychiatra odeśle mnie z powrotem do ortopedy, bo przecież bolało mnie ciało, a nie dusza. Długo ze mną rozmawiał. Dokładnie wypytywał o moje bólowe dolegliwości, obejrzał wyniki badań. Pytał o przeszłość, życie osobiste, rodzinne, moją pracę, a raczej jej brak. Na koniec postawił diagnozę: DEPRESJA. Nie mogłam uwierzyć, ani zrozumieć. Ciarki przeszły mi po plecach, znałam przecież tę chorobę, słyszałam o niej. Miałam w gronie znajomych osoby, które leczyły się z tego powodu, ale nie pamiętałam, aby którakolwiek z nich uskarżała się na dolegliwości podobne do moich.
Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o „maskach depresji”, o napięciu psychicznym, które może być tak silne, że powoduje bóle mięśni. Lekarz zaproponował mi leczenie przeciwdepresyjne. Mówił, że wiele leków stosowanych w depresji ma także dobre działanie przeciwbólowe. Nie byłam do tego przekonana, ale postanowiłam mu zaufać.
Początkowo przychodziłam na wizyty co 3 tygodnie, pierwsze dawki leku nie pomogły, musieliśmy je zwiększyć. Stopniowo zaczęłam się lepiej czuć. Zauważyłam, że nie tylko ustąpił ból, ale także zaczęłam inaczej patrzeć na swoje życie. Postanowiłam skończyć kurs księgowości i podjąć pracę. Poprawiły mi się relacje z ludźmi. Zaczęłam znów szukać ich towarzystwa.

Nadal chodzę do psychiatry. Raz na kwartał. Przyjmuję jeszcze leki przeciwdepresyjne i będę to robić tak długo, jak każe mi lekarz. Ale nareszcie czuję się zdrowa i szczęśliwa. I nic mnie nie boli. Jeszcze jedno. Zadzwoniłam do swojego ortopedy, aby przeprosić  i podziękować...

Barbara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz